logo

GRYNAPLUS

Ładowanie...

grynaplus
icon-badge

Blog

Znajdują się tu wszystkie artykuły napisane przez naszych użytkowników!

12

Blakszip

10 miesięcy temu

Mass Effect: Andromeda - recenzja

Mass Effect. Epicka, nieco sztampowa, ale nieźle napisana space opera o ratowaniu galaktyki przed szarżą ponurych. Nasz protagonista brata się z licznymi obcymi, ale humanoidalnymi i kompatybilnymi rasami kosmitów oraz walczy na śmierć i życie z tą jedną rasą, która nie tylko jest fizjologicznie niezdolna do spółkowania z pozostałymi. I chociaż Andromeda, rozpoczynająca nową historię sagi, miała odświeżyć format to i tak trzyma się tych schematów. Znowu po okolicy porozrzucane są monumenty i artefakty jakiejś tajemniczej, dawno wymarłej rasy - chociaż tym razem to nie są Proteanie - a atmosferę psują niesympatyczne typki, które zamiast miłości wolą uprawiać wojnę i ludobójstwo. Ale ogólna idea odcięcia się od głównej linii fabularnej starej trylogii była niezła, bo Mass Effect: Andromeda to taki prequelo-sequel. Centralnym elementem opowieści są arki wiozące przez przestrzeń międzygalaktyczną kilkadziesiąt tysięcy osobników różnych ras, które wyruszyły do tytułowej galaktyki Andromedy gdzieś w okolicach początków starej trylogii, a na miejsce dotarły 600 lat później. Więc z jednej strony bohaterowie Andromedy nie mają pojęcia co się działo w międzyczasie w rodzimej Drodze Mlecznej, ale z drugiej akcja osadzona jest w bardzo odległej przyszłości i tak daleko, że o łączności lub powrocie do domu nie ma co marzyć. I to był w sumie niezły pomysł, bo twórcy mogli dzięki temu kreować całkiem niezależną historię. Oczywiście nie wszystko poszło zgodnie z planem, bo w nowej galaktyce różne rasy mordują się tak samo jak w starej, na domiar złego idealne do zamieszkania światy czekające na kolonizatorów trochę się zmieniły przez te pół tysiąclecia lotu - co czyni całą Inicjatywę Andromedy jeszcze bardziej ryzykownym przedsięwzięciem niż kredyt hipoteczny na trzydzieści lat - a nasz główny bohater lub bohaterka wchodzą w rolę Pioniera - osoby odpowiedzialnej za wyszukiwanie i dostosowywanie globów do kolonizacji.

 

Dostajemy statek, część załogi - resztę sobie dobierzemy w trakcie - i ruszamy na podbój kosmosu. Szkielet opowieści, chociaż mocno sztampowy, jest całkiem nieźle wymyślony i ma potencjał. Tylko czy ten potencjał został dobrze wykorzystany? Internet obiegły w okolicach premiery filmiki z kiepską mimiką postaci, ale - chociaż faktycznie ta nie zachwyca jest to jeden z mniejszych problemów gry. Moje pierwsze wrażenie było takie, że oto ktoś zdecydował się zrobić Mass Effecta dla młodszego odbiorcy. Protagonista, noszący nazwisko Ryder, jest wyraźnie młodszy od Sheparda i efekt tego jest odczuwalny w dialogach. Oto mamy typowych amerykańskich licealistów ratujących galaktykę. To znaczy będą ją ratować jak tylko skończą się przekomarzać. Przez pół gry to boli, ale za półmetkiem drużyna zaczyna nabierać do głównego bohatera nieco szacunku z uwagi na jego odpowiednio bohaterskie czyny i klimat nieco się zmienia. Chociaż moją ulubioną postacią w drużynie był Drack - ponad tysiącletni Kroganin. A tak w ogóle to można nadać swojemu bohaterowi imię. Nazwisko musi brzmieć Ryder - to narzuca fabuła. Bez większego zastanowienia nazwałem go Tom. I mam wrażenie, że edytor twarzy jest mocno ograniczony, ale w sumie wciąż aktualna jest zasada ze starych Mass Effectów - co by w nim nie stworzyć domyślna twarz i tak będzie wyglądać lepiej.

 

Przedstawiamy Mass Effect™: Andromeda – BioWare Blog

 

Nie zachwyca też za bardzo świat, czy może wszechświat, przedstawiony i nie mówię tu nawet o grafice, która akurat może się podobać, a o samej barwności uniwersum. Mass Effect, jak na space operę przystało, zawiera wiele różnych ras, które mają swoje cechy charakterystyczne i wchodzą w ciekawe interakcje między sobą. A w Andromedzie tych ras jest mniej, bo nie napotkamy tu nieco dziwacznych Quarian czy Elkorów określających swój stan emocjonalny na początku każdego zdania. Pojawia się nowa rasa Angarów, ale… właściwie nie potrafię ich nijak scharakteryzować. Historia rasy jest jeszcze względnie interesująca, ale ich osobowość - kompletnie nijaka. Mam takie silne wrażenie, że ktoś dostał do rąk fajne uniwersum i niespecjalnie wiedział jak korzystać z jego potencjału oraz na czym polega jego siła i jak dodać do niego coś co będzie dobrze pasowało do całości. Umiarkowanie dobre słowo mogę powiedzieć o kinowej lokalizacji. Chyba najgorsze jest to, że od strony struktury rozgrywki mamy tu praktycznie do czynienia z Mass Effect: Inkwizycją. No bo jak wygląda przestrzeń gry? Nieco mniejszych lokacji HUBowych typu mikro-miasto, garść liniowych miejscówek zaprojektowanych pod pojedyncze misje i, co stanowi większość gry - kilka sporych, otwartych map obsypanych aktywnościami, z których większość jest zwyczajnie nieciekawa. Niby wszystkie mają jakieś tło fabularne i niektóre rozwijają się z czegoś nieciekawego w jakąś zaskakującą mikro-historyjkę, ale nie brakuje zadań, które nie prowadzą do niczego poza odrobiną punktów doświadczenia. Nawiązując do Dragon Age’a - są nawet smoki. No, coś co zastępuje tu Inkwizycjowe smoki. Fajniej niż w Inkwizycji porusza się po tych kilku planetach, na których można lądować, bo powrócił łazik znany z pierwszej odsłony serii i jest o wiele lepiej zrobiony. Co prawda jego fizyka jest dość pocieszna, ale wynika to głównie z tego, iż projektowano go tak, aby się nie dało go nigdzie zaklinować i faktycznie trudno jest to zrobić. I na prawie każdej planecie powtarzamy pewne schematy - uruchamiamy jakieś wieże, odwiedzamy jakąś kryptę dawnej cywilizacji i tak dalej. Czułem się jakbym odhaczał synchronizacje w Assassin’s Creedzie, a nie ratował galaktykę. Niestety dość sztampowa opowieść główna w połączeniu z dziesiątkami nudnych zadań pobocznych dość skutecznie ukrywa kilka ciekawszych questów, a i one zwykle nie dorastają do pięt co lepszym historyjkom z poprzednich Mass Effectów. Nawet ten patos dawnej trylogii, tak charakterystyczny dla epickich opowiastek o ratowaniu galaktyki, tutaj wychodzi jakoś bez wyrazu. Przed premierą Andromedę promowano właściwie tylko dwoma rodzajami filmików - najpierw dziennikami developerskimi, a potem materiałami prezentującymi walkę. I w sumie nie ma się co dziwić - widać, że nad tym elementem się naprawdę długo pochylano. Wynajdywanie, tworzenie i modyfikowanie broni oraz pancerza jest tu całkiem rozbudowane, umiejętności bojowe można kupować i levelować, łączyć różne efekty w zadające więcej obrażeń kombinacje, a i same spluwy są zaskakująco różnorodne, bo zupełnie inaczej strzela się z karabinu plującego tradycyjną amunicją, a inaczej z takiego, który miota mikro-granatami. Za to mocno zmieniła się sama motoryka podczas walki, bo o ile poprzednie dwie odsłony uderzały w strzelankę z systemem osłon tak tutaj mamy plecaki odrzutowe do wysokich skoków, gwałtownych uników i chwilowych zawieszeń w powietrzu co sprawia, iż strzela się tu bardzo ruchliwie i dynamicznie, a za obiektami chowamy się tylko na moment, aby zregenerować tarczę albo przeładować. I chociaż samo strzelanie jest tu zrobione wyraźnie lepiej, spluwy oferują lepszy odrzut, mają kopa i są efektowne to… cóż, miałem takie wrażenie, że stary system pozwalał lepiej planować swoje położenie na arenie walki oraz rozmyślnie korzystać z umiejętności specjalnych, a tutaj potyczki są bardzo chaotyczne i gracz w zasadzie przyzwyczaja się do pewnych pętli zachowań. U mnie to było coś w stylu - szarża, dupnięcie pięścią w glebę, parę strzałów ze strzelby, ewentualnie biotyczną lancą w pysk i hop za kamień, aby przeładować. I tak w kółko. Niby przyjemne to, ale nie miałem tego uczucia, że zrozumiałem jakiś system i wiem jak go dopasować do sytuacji.

 

Mass Effect Andromeda review: RPG heavyweight returns with prom

 

Skoro już wspominam o walce to wypada też powiedzieć dwa słowa o trybie sieciowym, który bardzo przypomina to co można było znaleźć w trzecim ME. Owe Misje APEX, bo tak się to nazywa, przypominają nieco tryb Hordy, w którym w cztery osoby walczymy z kolejnymi falami wrogów na małych mapkach. Gramy tu różnymi swoimi postaciami, rozwijamy je, odblokowujemy ulepszenia dla nich losowane z popularnych ostatnio skrzynek i oczywiście są tam opcjonalne mikro- transakcje. Niemniej jest to całkiem miły dodatek do kampanii, sukcesy w nim mają niewielki wpływ na rozgrywkę dla pojedynczego gracza, ale jest on na tyle mały, iż można je też kompletnie zignorować. I ta szybka, dynamiczna walka w tego typu rozgrywce po sieci się sprawdza. Ale o ile można różnie oceniać to czy walka jest w Andromedzie zrobiona dobrze tak kontrolę jakości w produkcji tej gry trzeba ocenić jednoznacznie - jest dramatycznie zła. Chyba nie powinno to dziwić, bo długo reklamowano tytuł dziennikami developerskimi, które zwykle oznaczają, iż gra ma jeszcze daleką drogę przed sobą, a potem nagle ją wydano. Niedoróbki są tu nieskończone. Najpierw boli nienajlepsza optymalizacja - przynajmniej w wersji na PS4, która lubi sobie wesoło chrupać w wielu przerywnikach filmowych, nawet na PS4 Pro. Potem odkrywamy, że twórcom nie chciało się zalepić wszystkich dziur w fizyce świata i można znaleźć różne błędy. Oczywiście pomniejszym problemem są tu też te nieszczęsne animacje postaci. Ale najgorsze są wszechobecne, drobne niedoróbki i błędy. A to jakiś przeciwnik wisi sobie na niebie i nie chce zejść z nami walczyć, bo się zglitchował. A to się jakiś znacznik rozmowy nie chce się pojawić. A to bohaterowi się nie załaduje plik audio i oglądamy jego bezgłośne ruchy ust wyczytując treść wypowiedzi z napisów. A w najgorszym przypadku totalnie zgliczuje się przerywnik filmowy, a potem gra wpadnie w nieskończony cykl wczytywania zmuszając nas do resetu. Wszystkie te problemy rozwiązuje zwykle wczytanie zapisanego stanu gry albo ponowne uruchomienie Andromedy, ale mimo wszystko są to bardzo irytujące niedoróbki. Widać wyraźnie, że produkt trafił na rynek przedwcześnie.

 

I oto całe Mass Effect: Andromeda. Gra, która w zasadzie każdy element ma zrobiony nieco gorzej niż oryginalna trylogia. Scenariusz wypchany jest słabymi dialogami i nudnymi zadaniami, ogólne schematy fabularne są powielane, otwarty świat wypełniony questową watą, a dział kontroli jakości dostał grę do testowania chyba już po premierze. I tym działem kontroli jakości jesteśmy my, a swoje raporty przesyłamy w postaci filmików i gifów w sieci. Ale… mimo wszystko trudno mi oceniać Andromedę jednoznacznie źle, bo kiedy ją ukończyłem miałem tę odrobinę satysfakcji z uratowania galaktyki kolejny raz, uczestniczenia w epickim zwycięstwie i przypomniałem sobie dlaczego tak lubię to uniwersum - nawet jeśli tu dostałem je w nieco rozwodnionej postaci. Aczkolwiek wydaje mi się, że chyba też nie można do końca ufać swoim subiektywnym odczuciom na koniec zabawy z tak długim tytułem. 

0 Komentarzy

© Copyright GrynaPlus.pl 2018-2022